Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition, czyli nowe szaty króla sandboxów!

Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition, podczas premiery spotkało się z negatywnymi komentarzami fanów serii. Wytykano liczne błędy, niedoróbki oraz brzydko odświeżone przez AI tekstury. Jednym słowem: powtórzyła się sytuacja znana z wielu odświeżanych klasyków, których nowe edycje zostały przygotowane w pośpiechu i byle jak.

Zlikwidowano również możliwość zakupu wcześniejszych wersji gier, co skazywało użytkowników natchnionych sentymentem na skosztowanie odgrzanej, taniej pizzy z marketu zamiast pysznego, domowego obiadu.

Nostalgia i chęć ponownego zagrania w starsze części serii w końcu dopadły również mnie. Pamiętając negatywne komentarze na temat Definitive Edition, byłem skłonny ściągnąć pirackie wersje GTA: San Andreas lub GTA: Vice City. Natrafiłem jednak na informacje o wydaniu patcha 1.112, który nie tylko zeszlifował część rys na tym diamencie, lecz także zmienił oprawę graficzną, dodając „classic light”. Gdy zobaczyłem na YouTubie, jak wygląda scena otwierająca GTA: San Andreas z kultowym, pomarańczowym oświetleniem rodem z wersji na PlayStation 2, moje pieniądze zawędrowały na Allegro. W poniższym tekście pokrótce przedstawię moje wrażenia z rozgrywki.

Kilka słów o GTA III

Jeszcze przed omówieniem poszczególnych części wspomnę, że podczas ogrywania Definitive Edition pominąłem GTA III, które miałem przyjemność przypomnieć sobie stosunkowo niedawno. Około pięciu lat temu udało mi się upolować premierowe wydanie na PC w second-handzie za jakieś drobne.

W odniesieniu do „trójki” nadmienię tylko, że oryginalna oprawa graficzna tego tytułu miała specyficzny, jakby lekko rozmazany obraz, coś w rodzaju „soft filter”. Efekt ten nie został uwzględniony w odświeżonej wersji, ze stratą dla klimatu, przynajmniej w mojej ocenie.*

We wszystkich częściach zauważyłem natomiast zwiększenie liczby samochodów i przechodniów. Osiągnięto to prawdopodobnie przez proste zwiększenie ich zagęszczenia, dlatego na drogach spotykamy również całkiem sporo policji — która zresztą nie jest zbyt spostrzegawcza. Szczególnie frustrujące może być to w GTA III, ponieważ zwielokrotnieniu uległa również liczba mafiosów i gangsterów na chodnikach. Zmiana ta może wydawać się mało istotna i wyłącznie wizualna, ale tak naprawdę potrafi podnieść poziom trudności. Na ulicach Liberty City napotykamy bowiem wrogich gangsterów dysponujących najpotężniejszym uzbrojeniem w całej składance. Nasze poczynania prowadzą też do tego, że całkiem sporo organizacji zaczyna witać Claude’a gradem ołowiu. Podczas przemierzania mapy zdarza się nam więc bliskie spotkanie z AK-47, a także ze szczególnie zabójczym shotgunem, który potrafi wysadzić samochód dwoma celnymi strzałami.

GTA: Vice City

Tak więc jako pierwsze do ukończenia poszło GTA: Vice City, czyli druga odsłona cyklu osadzona w trójwymiarowym środowisku. Wcielamy się w Tommy’ego Vercettiego i budujemy swoją pozycję w mieście inspirowanym Miami oraz kolorowymi latami osiemdziesiątymi. Lubię muzykę z tamtego okresu, a ścieżka dźwiękowa oferuje wiele znanych hitów. Moda to już kwestia bardziej dyskusyjna, ale mamy możliwość przymierzenia kilku charakterystycznych strojów.

Nowe, jaskrawe oświetlenie oraz błyszczące karoserie samochodów tworzą niepowtarzalny klimat, który całkowicie mnie kupił. No i oczywiście te pojazdy wzorowane między innymi na Ferrari Testarossie i Lamborghini Countachu, bajka! Jednym słowem: nowa grafika daje radę.

Mamy już optymistyczny i zachęcający wstęp, czas więc przejść do minusów. Niedawno przypomniałem sobie również GTA IV, które zrobiło na mnie lepsze wrażenie niż przed laty. Jego gameplay, przynajmniej moim zdaniem, nie zestarzał się szczególnie mocno. Podobnego poczucia współczesności nie doświadczyłem podczas grania w Vice City. Wiek i archaiczność gameplayu odczuwamy niemal natychmiast. Nie powinno to oczywiście nikogo dziwić, ponieważ wracamy do tytułu z wczesnego okresu popularności PlayStation 2.
Najbardziej odczuwalne są:
- brak systemu osłon;
- mało precyzyjne celowanie;
- dość prosty, chwilami przypominający Mario Kart, model jazdy;
- szybko wybuchające samochody;
- frustrujące starcia z przeciwnikami wyposażonymi w shotguny.
Ci ostatni nawet z dużej odległości potrafią zadać obrażenia przewracające Tommy’ego. Nasz bohater przez moment pozostaje wtedy bezbronny, co sprawia, że przeciwnicy mogą go stosunkowo łatwo dobić.

W starsze części serii GTA grałem wcześniej na PC, natomiast tym razem miałem do dyspozycji gamepad. Niekiedy irytowało mnie mniej precyzyjne celowanie, chociaż w grze dostępny jest auto-aim. Z tego powodu miałem trudności w misjach, które jak pamiętałem nie należały do szczególnie wymagających. Wyjątkowego skupienia wymagało zadanie, w którym udajemy się na strzelnicę, aby zaprezentować swoje umiejętności i pozyskać jedną z postaci do współpracy. Było to dość frustrujące, zwłaszcza gdy do ukończenia zadania brakowało mi zaledwie kilku punktów, ponieważ nie potrafiłem wystarczająco szybko i celnie niszczyć wyskakujących celów. Odniosłem również wrażenie, że z powodu gorszej orientacji w terenie podczas grania na gamepadzie częściej byłem rozjeżdżany przez przeciwników.

Trochę tych minusów się zebrało. Jednak nostalgia, pozytywne zmiany takie jak dodanie checkpointów podczas misji oraz moje przyzwyczajenie do gier retro wystarczyły, abym czerpał dużo frajdy z ponownego ogrywania tego tytułu. Szczególnie że obecnie znam język angielski na tyle dobrze, aby rozumieć fabułę gry i dialogi. Podsumowując, jest to stare, dobre GTA: Vice City z ładnie odświeżoną, kolorową grafiką. Nie sprawia ona oczywiście, że tytuł wygląda jak współczesna produkcja, ale nadal może się podobać. Dodano również checkpointy oraz możliwość komfortowego grania na dużym TV. Tego właśnie oczekiwałem od tej edycji i dokładnie to otrzymałem. Zarwany weekend po uruchomieniu gry okazał się świetnym powrotem do czasów szkolnych. Z tą różnicą, że tym razem ukończyłem ją bez używania kodów. ^^ Dla mnie to 8/10, z zastrzeżeniem, że gracze, którzy nie mieli styczności z tym tytułem w czasach jego świetności, mogą ocenić go znacznie gorzej i zwyczajnie się od niego odbić.

GTA: San Andreas

Wow, ale to miasto jest olbrzymie i szczegółowe! Takie było moje pierwsze wrażenie po uruchomieniu GTA: San Andreas bezpośrednio po ukończeniu Vice City. Trzecia odsłona serii osadzona w trójwymiarowym środowisku zrobiła ogromny postęp pod względem wielkości świata. Tym razem zamiast pięknego, ale stosunkowo kompaktowego miasta otrzymujemy ogromny stan z trzema metropoliami. Już samo Los Santos wydaje się gigantyczne w porównaniu z naszym wirtualnym Miami z poprzedniej części.

GTA: San Andreas zostało wydane w 2004 roku na PlayStation 2. Tym razem naszym „bohaterem” jest Carl Johnson, który przylatuje do Los Santos w 1992 roku, aby uporządkować sprawy rodzinne. Jego historia jest pełna zdrad, konfliktów między gangami i… „Here we go again”. Czekajcie, czy wśród osób urodzonych przed 2000 rokiem jest ktoś, kto nie grał w ten tytuł? Przejdźmy więc do zmian i sprawdźmy, jak San Andreas wypada w odświeżonej wersji.

W odświeżonym GTA: San Andreas dodany w patchu z 2024 roku classic light naprawdę robi robotę. Jak wspomniałem wcześniej, to właśnie poprawiona kolorystyka, którą zobaczyłem na gameplayu, ostatecznie przekonała mnie do zakupu. Obecnie dostępna wersja przywraca kolorystykę znaną z pierwotnego wydania na PlayStation 2, której brakowało w ogrywanej przeze mnie przed laty wersji na PC. Jednym słowem: pomarańczowy filtr zachodzącego słońca w Los Santos nadal robi ogromne wrażenie. Mniej przypadła mi do gustu zielonkawa kolorystyka występująca o innych porach dnia. Nie pasuje mi ona do Los Santos, ale świetnie sprawdza się w pozostałych częściach stanu. Bardzo dużą zaletą względem pierwowzoru przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie jest wygląd, a tym samym klimat Las Venturas, czyli ostatniego miasta odblokowywanego podczas gameplayu i wirtualnego odpowiednika Las Vegas. W wersji na PC miasto miało mało wyraziste oświetlenie, przez co wydawało się dość puste. Dzięki znacznie poprawionemu oświetleniu dużo bardziej polubiłem to zagłębie hazardu i nocnego życia.

Niekorzystną zmianą w grafice jest natomiast „zepsucie” animacji plecaka odrzutowego. W przeciwieństwie do pierwowzoru jego dysze nie są obecnie ruchome i nie reagują na kierunek lotu. Odniosłem również wrażenie, że za pomocą plecaka lata się gorzej niż kiedyś, ale nie mam już możliwości rzetelnego porównania obu wersji.

Ok, czas przestać pisać o grafice i przejść do gameplayu. Uruchomione bezpośrednio po ukończeniu Vice City, odświeżone San Andreas zrobiło na mnie duże wrażenie. Grało mi się zdecydowanie przyjemniej dzięki licznym usprawnieniom mechaniki, które pojawiły się już w oryginalnym wydaniu tej części.
Wprowadzono między innymi:
- lepsze celowanie;
- poprawiony model jazdy;
- animacje chwytania się krawędzi;
- możliwość przeskakiwania przez przeszkody;
- pływanie, którego brak dotkliwie odczuwało się w poprzednich częściach.
Dzięki tym udoskonaleniom gameplay jest mniej archaiczny niż w pozostałych tytułach znajdujących się w składance. Zapewne właśnie z tego powodu San Andreas będzie najbardziej przystępną częścią dla nowych graczy.

Osobom chcącym zapoznać się z serią polecałbym jednak zagrać choć przez chwilę w Vice City albo GTA III. Dzięki temu łatwiej docenić skalę zmian, których deweloperzy dokonali w swoim opus magnum z ery PlayStation 2. Dla mnie GTA: San Andreas zasługuje na 9/10 i pozostaje moją ulubioną częścią serii. Ogrywanie odświeżonej trylogii GTA w 2026 roku było niezwykłym doświadczeniem. Mogłem ponownie poczuć się jak w czasach szkolnych. Nigdy nie przypuszczałbym, że tyle lat po premierze będę grał w te tytuły w dodatku na Xboksie i TV, a nie na PC. Oczywiście Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition, nawet po ostatnim dużym patchu, nie jest wydaniem idealnym. Mimo niedociągnięć mogę je jednak polecić, szczególnie osobom, które pamiętają oryginalne wersje i chcą ponownie odwiedzić Liberty City, Vice City oraz stan San Andreas. :)

P.S. Wydzielenie niekiedy tak małych terytoriów do zdobycia było irytujące, takie przedłużanie czasu na siłę.
* Oryginalna oprawa sprawiała, że obraz był bardziej stonowany i lekko rozmyty. Co ciekawe, po obejrzeniu materiałów prezentujących wersje alfa i beta doszedłem do wniosku, że grafika zastosowana w Definitive Edition jest im bliższa niż oprawie znanej z finalnego wydania na PC.

Galeria 😎